Piotr Sobierski
  

Liczy się nie tylko show

Z Wojciechem Kościelniakiem o jego najnowszym gdyńskim spektaklu – Lalce Bolesława Prusa –  i przygodzie z musicalem rozmawia Piotr Sobierski

 

 

Piotr Sobierski: Nie mogę zacząć od innego pytania jak: skąd Wojciech Kościelniak wziął się w Gdyni? Patrząc na biografię, widać, że Wrocław to pana stałe miejsca pracy i życia.


Wojciech Kościelniak: Do Gdyni trafiłem przez przypadek. Kiedy zacząłem zajmować się spektaklami muzycznymi, zaproponowano mi prowadzenie warsztatów na Famie w Świnoujściu. Tam wspólnie między innymi z Jarkiem Stańkiem i Grzesiem Policińskim przygotowaliśmy spektakle, a nawet bardziej koncerty, które miały być kończącym akcentem festiwalu. Ponieważ to się spodobało, koncerty transmitowano w telewizji. Jedną z transmisji oglądał Maciej Korwin. Zadzwonił do mnie – „widzę, że fajnie współpracuje pan z młodymi ludźmi. Zapraszam do wyreżyserowania u mnie spektaklu”. Mało kto wie, że wówczas, w 1998 roku, Korwin zaproponował mi posadę dyrektora artystycznego Teatru Muzycznego. Odmówiłem, bo nie wyobrażałem sobie wyprowadzki z Wrocławia. Ale było to ogromne wyróżnienie.


Piotr Sobierski: Nim jednak o Gdyni i tutejszych pańskich dokonaniach, chciałbym zacząć trochę od początków w świecie teatru. Zaczynał pan jako aktor teatru dramatycznego. Współpracował pan między innymi z Krystianem Lupą. Skąd więc musical? I do tego już od ponad 15 lat reżyseria.


Wojciech Kościelniak: Jest tak, że bycie w teatrze podzieliłbym na dwa etapy. Pierwszy to aktorski. Nie umiałem się odnaleźć w pracy z zespołem. Czułem, że kłamię na scenie, i nie byłem zadowolony z tego, jak gram. Widziałem znakomitych kolegów, sugestywnych i ostrych. Bywały spotkania z reżyserami, które nie były dla mnie ważne, brałem udział w mało udanych spektaklach i to mnie zniechęciło. Już wówczas na słowo reżyseria serce biło mi mocniej. Byłem wykładowcą szkoły aktorskiej, gdzie zajmowałem się piosenką aktorską. Próbowałem jednocześnie zdawać na reżyserię, ale zawsze terminy egzaminów kolidowały mi z aktorskimi obowiązkami. W międzyczasie we Wrocławiu w Teatrze Polskim zmieniła się dyrekcja. Jacek Wek­sler sprowadził Wajdę, Lupę, Grzegorzewskiego i Jarockiego. Miałem szczęście z nimi obcować, to magnetyczni twórcy. Nauczyłem się od nich ważnej rzeczy, że należy znaleźć własną drogę. Ich teatry są diametralnie różne, ale łączy ich pasja do teatru. I u mnie to się obudziło. Wiedziałem, że pęknę, jeżeli nie zacznę działać w kierunku reżyserii. Zrobiłem ze studentami dwa egzaminy, spektakle śpiewane. Były na tyle udane, że zrobiło się o nich głośno. Z tego powodu Romek Kołakowski, ówczesny dyrektor Przeglądu Piosenki Aktorskiej, zaproponował mi reżyserię recitalu Konrada Imieli Rybi Puzon, który po części zresztą był moim pomysłem. To była wybuchowa robota, świetne recenzje, frunęliśmy podczas tej pracy. Rok później robiłem koncert finałowy i dostałem nagrodę Bardiniego. W kapitule sławy, jak Janda, Osiecka… Oni mnie namaścili. Dostałem nagrodę, propozycje z telewizji i innych teatrów.


Piotr Sobierski: Wszystkie dotyczyły teatru muzycznego?


Wojciech Kościelniak: Tak, nikt mi nigdy nie proponował reżyserii spektaklu dramatycznego. Zresztą raczej nie chciałbym takich propozycji. Zbyt daleko jestem od tamtego teatru. Pasjonuje mnie rytm, ruch, to, jak ciało podporządkowuje się rytmowi. Wolę podążać tą drogą.


Piotr Sobierski: W tej chwili jest pan reżyserem. Było już aktorstwo, ale też prowadzenie Teatru Capitol we Wrocławiu. Czy te funkcje są do pogodzenia? Czy artysta może sprawnie zarządzać wielką instytucją, setką ludzi, finansami, a do tego jeszcze tworzyć?


Wojciech Kościelniak: Na moją ówczesną sytuację wpłynęło wiele czynników. Teatr muzyczny znacząco różni się od dramatycznego. Tutaj trzeba panować nad zespołem aktorskim, baletowym, wokalnym, chórem, no i nad całym systemem normalnego zakładu pracy. Kolejna rzecz, trudniejsza, to zmiana formuły z teatru operetkowego na teatr muzyczny. A to wiąże się z przebudową całości, zwolnieniami. W teatrze operetkowym, którego dyrekcję objąłem, było koło 200 osób, wielu nie potrafiło poradzić sobie wykonawczo ze współczesnym musicalem. Wiedziałem od początku, że mnie nie interesuje robienie operetki, bo chcę robić teatr muzyczny w nowoczesnym tego słowa znaczeniu. Zresztą władze z takim nastawieniem mnie zatrudniły. Kiedy się za to zabrałem, okazało się, że są prawne pułapki blokujące niezbędne zmiany. Każdy walczył o swoje. Część zespołu, która ze mną przyszła, wspierała mnie, a z resztą przez cały czas byłem w stanie wojny. To mnie wycieńczało. Uważam, że się do tego nie nadaję. Nie wstydzę się tego, co zrobiłem: zmiana finansowania, restrukturyzacja, zmiany regulaminów i przebudowa. To wszystko w większości zrobione zostało za mojej obecności. Ale koszt tych działań był ogromny i uznałem, że muszę zrezygnować.


Piotr Sobierski: Posiadanie władzy nie jest łatwe.


Wojciech Kościelniak:
Moją intencją nie było być dyrektorem. Jeżeli mówimy już, że lubimy władzę, to wolę ją mieć jako reżyser. I chyba wówczas jest ona nawet większa – mogę fantazjować, nie muszę trzymać się regulaminów. Chciałem mieć władzę tylko po to, aby stworzyć miejsce dla ludzi, którzy nie mieli swojej siedziby. Przegląd Piosenki Aktorskiej rozbudowywał środowisko ludzi śpiewających, grających, muzykujących. Oni nie mieli teatru i Capitol wypełnił tę lukę. Moim celem było pójść w stronę czegoś nowoczesnego, nie na kolanach do Amerykanów, a z szacunkiem do widza. Ważne, aby nie zapominać o rozumie, liczy się nie tylko show, ale też przekaz intelektualny. Nie chcę traktować widza jak głupka, któremu wystarczy łatwa muzyka, łatwy tekst i inscenizacja, a jeśli do tego wyjdą na scenę trzy półnagie tancerki, to będzie szczęśliwy. Mnie to zawsze żenowało, ja chcę szanować widza, i nawet jak będzie to trudne, to chcę mu dać coś ważnego, a nie coś, co jest łatwe. To jest nieuczciwe, dostałem jedno życie i chcę je dobrze wykorzystać.


Piotr Sobierski: Śmiało można uznać pana za rewolucjonistę polskiego teatru muzycznego. Celowo mówię teatru muzycznego, bo pańska twórczość wymyka się z kategorii musical. Wyjątkowo prezentuje się dorobek z początku wieku – rok 2001 Sen nocy letniej w Gdyni i rok 2002 Kombinat we Wrocławiu. Czy to był moment przełomowy?


Wojciech Kościelniak: Ja tak tego nie postrzegam. Dla mnie Kombinat był ważny, zrobiło się o mnie głośno i była ochota pociągnąć ten kierunek. Może byłbym wyżej notowany… Cieszę się, że poszed­łem swoją drogą. Ten koncert ciążył mi jak kapliczka. Był tak fajny, że tylko położyć się do grobu. Sen… również bardzo na tak, ale to przy Hair powstał pewien sposób myślenia. I oba wspomniane dzieła były tego pokłosiem. Ten czas, kiedy spotkaliśmy się w Gdyni z Możdżerem, Stańkiem i Policińskim, to była erupcja. Codziennie do 4. rano siedzieliśmy w małym hotelowym pokoiku, często około 30 osób, piliśmy wino i rozmawialiśmy o sztuce. To było cudowne, twórcze i pełne pasji. Wszyscy chcieliśmy tworzyć nową jakość i koniecznie się buntować. A rano o 10. wszyscy stawiali się punktualnie na próbie. Hair nas ukształtował. Dzięki temu byliśmy w stanie wymyślić Sen nocy letniej, który powstał świeżo po Hair.

 

Hair z 1999 roku był pierwszym spektaklem na gdyńskiej scenie zrealizowanym przez trio: Wojciech Kościelniak (reżyseria), Leszek Możdżer (muzyka) i Jarosław Staniek (choreografia). Nie obyło się bez kontrowersji – niektórym politykom nie spodobały się obecne na scenie narkotyki, nagość i nieznająca granic miłość. Widzom to jednak nie przeszkadzało, przyjeżdżali na spektakl z całego kraju. Musical okazał się wielkim hitem, fot. Teatr Muzyczny w Gdyni Hair z 1999 roku był pierwszym spektaklem na gdyńskiej scenie zrealizowanym przez trio: Wojciech Kościelniak (reżyseria), Leszek Możdżer (muzyka) i Jarosław Staniek (choreografia). Nie obyło się bez kontrowersji – niektórym politykom nie spodobały się obecne na scenie narkotyki, nagość i nieznająca granic miłość. Widzom to jednak nie przeszkadzało, przyjeżdżali na spektakl z całego kraju. Musical okazał się wielkim hitem, fot. Teatr Muzyczny w Gdyni

Piotr Sobierski: Tym sposobem nieuchronnie przechodzimy do etapu gdyńskiego. Nim Sen…Hair – klasyk, hit murowany... zrewolucjonizował gdyński, ale i krajowy teatr muzyczny, pojawił się


Wojciech Kościelniak: Muszę przeszkodzić. Kiedy zaczęliśmy robić ten spektakl, wszyscy się dziwili. – „Nie dacie rady. Nie ma takiej możliwości”. Na nas ciążył sukces filmu. To, że się udało, że w zmienionej formie spektakl wyjechał na Zachód, że mogliśmy się tym chwalić, to kwestia energii, odporności ludzkiej. Nie było łatwo.

Piotr Sobierski: Spektakl okazał się sukcesem. Tłumy widzów z całej Polski. Pamiętam do dzisiaj autokary z bardzo daleka. Skąd pomysł na współpracę z Leszkiem Możdżerem?

Wojciech Kościelniak: Przez przypadek. Słyszałem o nim wcześ­niej. Poznaliśmy się, bo był związany z Justyną Szafran, a ja wiedziałem, że ona będzie grała w Hair. Wiedziałem, że jest dobrym muzykiem, i podjęliśmy współpracę.

Piotr Sobierski: O ile Hair to znany na całym świecie musical, o tyle pana znakiem rozpoznawczym są produkcje całkowicie eksperymentalne, zarówno pod względem formy, jak i treści. Takim pierwszym i zdecydowanie najbardziej ryzykownym produktem był Sen nocy letniej. Czy jako sprawca całego zamieszania obawiał się pan tej produkcji?


Trans-opera Sen nocy letniej w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, z muzyką Leszka Możdżera i choregorafią Jarosława Stańka, była rewolucyjnym wydarzeniem w polskim teatrze muzycznym. Premiera 27 października 2001 roku. W rolach głównych Justyna Steczkowska (Hipolita/Tytania) oraz Cezary Studniak (Tezeusz/Oberon), fot. Teatr Muzyczny w Gdyni Trans-opera Sen nocy letniej w reżyserii Wojciecha Kościelniaka, z muzyką Leszka Możdżera i choregorafią Jarosława Stańka, była rewolucyjnym wydarzeniem w polskim teatrze muzycznym. Premiera 27 października 2001 roku. W rolach głównych Justyna Steczkowska (Hipolita/Tytania) oraz Cezary Studniak (Tezeusz/Oberon), fot. Teatr Muzyczny w Gdyni

Wojciech Kościelniak: To było bardzo karkołomne przedsięwzięcie, niewolne od błędów: w nagłośnieniu, tekst był niezrozumiały, spektakl był za długi. Było obciążenie realizacyjne, ale sam kierunek był fantastyczny. Baliśmy się, jak to zostanie odebrane. Czy Szekspir śpiewany będzie brzmiał, czy to będzie komunikatywne, co z konwencją i jak zamienić teatr dramatyczny na muzyczny. Dzisiaj, gdy to wspominam, po zasłyszanych wypowiedziach, uważam Sen… za sukces. Miał przecież kolejne realizacje. Ale – pamiętajmy – po premierze był sceptycyzm, Pawłowski w „Wyborczej” nas zjechał, inni mówili bezpieczne OK. Nie raz się przekonałem, że to, w co wierzę, musi mieć swój czas, dojrzeć. Potem robiłem Sen… w Krakowie, a ostatnio w Poznaniu – w Teatrze Nowym. Ta wersja jest bliższa widza, jest kwintesencją gdyńskiej realizacji. Nagle zrobiliśmy popularny spektakl, komercyjny sukces.


Piotr Sobierski: Po premierze telewizja pokazała film Sławomira Latkowskiego Pub 700. Kulisy powstania spektaklu były aż tak kontrowersyjne? Nie mieliście w gdyńskim teatrze łatwego życia?


Wojciech Kościelniak: To w moim przekonaniu ogromne nadużycie Latkowskiego. On chciał robić film o powstawaniu spektaklu. Byłem z tego zadowolony, bohaterami będziemy my, a przede wszystkim sam spektakl. Okazało się inaczej. Postanowił zrobić film o nas, młodych szalonych twórcach, stawiając z drugiej strony teatr, który nam ucina skrzydła. Na to się nie zgodziłem. Wiedziałem, że teatr dał nam szansę, no bo gdzie na świecie teatr muzyczny podejmuje takie ryzyko? On nie do końca to rozumiał, nie znał realiów teatralnej pracy. Po mojej odmowie poszedł do Stańka, który również powiedział, że „źle się nie czuje”, a to usilnie starano się nam udowodnić. On szukał tragedii… Trafił w końcu do Leszka Możdżera, który lubił wyrażać swoje obawy. Stał się doskonałym bohaterem. Absolutnie to, co pokazano w filmie, jest nieprawdą. Wszyscy podkreślają fantastyczną atmosferę pracy. Przecież gdyby było inaczej, nie powstałby taki spektakl. Film namieszał, ale nie mieliśmy na to wpływu. Dzisiaj żałuję, że pozwoliłem mu na kręcenie w czasie naszej pracy.


Piotr Sobierski: W Gdyni zawiązała się wówczas grupa Pub 700. Nowe, autorskie podejście do teatru muzycznego było waszym celem. Jak doszło do powstania tej inicjatywy?


Wojciech Kościelniak: Nie umiem powiedzieć, kiedy zaczęła funkcjonować ta nazwa. To zrodziło się od poziomu, na którym w Hotelu Aktora znajdowała się kuchnia. A znajdowała się na poziomie 7, w pobliżu mieszkania Cezarego Studniaka. Stąd ta umowna nazwa. A od kiedy zaczęliśmy uważać ją za nazwę dla formuły ideowej? Zdecydowanie później. Te rozmowy nas ukształtowały, spojrzenie na teatr muzyczny nieoparty na cekinach. Ale nie demonizowałbym tej nazwy. Jako prądu w sztuce tym bardziej.


Piotr Sobierski: Ale może za kilkadziesiąt lat?


Wojciech Kościelniak: Byłoby fajnie, ale jest pokusa, żeby to gloryfikować. To już rzeczy nie do sprawdzenia. Tam była energia, tygiel twórczy. Czas pokaże, na ile były to nowe myśli na temat teatru muzycznego. Czy to było w ogóle coś nowego na temat teatru? Nie odważyłbym się tego tak określić.


Piotr Sobierski: Pub 700 rozpadł się, czy unosi się jeszcze duch waszej ówczesnej gdyńskiej aktywności? Przenieśliście się do Wrocławia, właściwie większość teraz tam działa.


Wojciech Kościelniak: Byliśmy wtedy pełni energii, nikt nie tworzył oddzielnego świata. Musieliśmy być razem, żeby tworzyć, a potem każdy zaczął uciekać w swoją grupę. Nadal się spotykamy, robimy wspólne rzeczy z Gosią Fijałkowską, Cezarym i braćmi Kamińskimi, ale to już nie jest tak, że tulimy się wspólnie, każdy działa na swoje konto. Po drodze były konflikty, dużo zawodów, decyzji, które były niepotrzebne. Z wielu stron. Nikogo o nic nie obwiniam. Do dzisiaj się odzywamy, proponujemy robotę, zapraszamy do współpracy. Jest tak, że ludzki kontakt się wyczerpuje, nic więcej nie mamy sobie do powiedzenia i to jest najlepszy czas na rozstanie.

 

Opracowanie poświęcone spektaklowi Sen nocy letniej Kościelniaka (autorstwa Aleksandry Zając) znajduje się w najnowszej publikacji pod redakcją Jana Ciechowicza Współczesne formy teatru muzycznego (na świecie, w Polsce, w Gdyni) (Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2009). Wielbiciele teatru muzycznego znajdą tutaj też więcej interesujących tekstów. Opracowanie poświęcone spektaklowi Sen nocy letniej Kościelniaka (autorstwa Aleksandry Zając) znajduje się w najnowszej publikacji pod redakcją Jana Ciechowicza Współczesne formy teatru muzycznego (na świecie, w Polsce, w Gdyni) (Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2009). Wielbiciele teatru muzycznego znajdą tutaj też więcej interesujących tekstów.

Piotr Sobierski: Mimo wszystko pan powraca do Gdyni, no i zdaje się, że to tutaj jest pan najbardziej płodny. Oczywiście we Wrocławiu powstają znakomite koncerty PPA, to tam wyreżyserował pan Operę za trzy grosze, ale tylko w Gdyni każdy tytuł jest dziełem skończony, idealnym i zawsze okrzykniętym wielkim wydarzeniem. Tutaj pana miejsce?


Wojciech Kościelniak: Jak najbardziej, tak to postrzegam.


Piotr Sobierski: W jednym z wywiadów powiedział pan: „tu jest najlepszy teatr muzyczny w Polsce, świetny pod względem technicznym i oświetleniowym”.


Wojciech Kościelniak: Za mało powiedziałem. Na pierwszym miejscu powinienem wymienić zespół. Po pierwsze wydawałoby się, że najlepszy teatr powstaje, gdy nie ma zespołu, tylko jest casting. Ale jak nie ma środowiska, które zawsze stoi w kolejce, to z czego wybierać? Tutaj jest sytuacja idealna, Gdynia jest kompletna. Aktorzy stosunkowo mało chałturzą, zarabiają grosze, ale kochają to, co robią, są dyspozycyjni, są wyszkoleni, mają otwarte głowy. A jak spojrzymy na możliwości techniczne, to są one niebywałe. Nie chodzi o scenę obrotową, ale o rozmiary, o oddech. Ja uwielbiam to miejsce. Obciążające jest to, że tutaj moje rzeczy są sukcesem. Istnieje obawa, że coś w końcu padnie, ale trzeba dalej robić swoje. Zawsze tak samo się staram i tyle samo jest strachu. Wystawiam duszę na publiczny osąd, jednym to się podoba, inni krytykują. Zawsze są dylematy, ale dobrze robić tak, aby móc z podniesioną głową wyjść i do aktorów, i do publiczności.


Piotr Sobierski: Pomimo fascynacji Gdynią Francesco powstawał dla Wrocławia.

 

Francesco, którego premiera odbyła się 29 września 2007 roku, Wojciech Kościelniak zrealizował z kompozytorem Piotrem Dziubkiem, libretto o świętym Franciszku z Asyżu napisał Roman Kołakowski. Na zdjęciu Michał Kocurek (Francesco) oraz Andrzej Śledź (ojciec). Fot. Wiesław Czerniawski Francesco, którego premiera odbyła się 29 września 2007 roku, Wojciech Kościelniak zrealizował z kompozytorem Piotrem Dziubkiem, libretto o świętym Franciszku z Asyżu napisał Roman Kołakowski. Na zdjęciu Michał Kocurek (Francesco) oraz Andrzej Śledź (ojciec). Fot. Wiesław Czerniawski

Wojciech Kościelniak: Francesco powstawał dla Wrocławia, tam zamówiłem tekst i muzykę jako dyrektor. Liczba kryzysów i moje odejście było konsekwencją rezygnacji z tej pozycji. Główne wrocławskie media, ogólnie rzecz biorąc, były wrogo do mnie nastawione, wyczuwałem bezinteresowne ataki. Krytyka była wielokrotnie mocno absurdalna. I nie chodziło o to, co robię, tylko, że w ogóle jestem. Francesco chciałem zrobić. Zgłosiłem się do Romy i do Gdyni. Maciej Korwin po jednym dniu oddzwonił i z wielką radością tutaj przyjechałem.


Piotr Sobierski: Przy Francescu nie mogę pominąć kwestii pracy z aktorem. To był pana pierwszy kontakt z zupełnie innym Teatrem Muzycznym w Gdyni, nowe twarze, nowe pokolenie aktorów, którzy w naturalny sposób zastąpili trzon Pubu 700. Widać było, że to nowe otwarcie – powiew świeżości, spokój aktorów. Zdawali się być uskrzydleni.


Wojciech Kościelniak:
Nie mogę uciec od tego, że jestem pedagogiem w szkole. Znam przypadki stresu, zahamowań. Wystarczy czasami spojrzeć na aktora i powiedzieć: „nie musisz tak, zrób to inaczej”. Jeżeli człowiek nie jest bity batem, robi to lepiej. Jest powiedzenie: „aktor na scenie nie ma być prawdziwy, tylko szczęśliwy”. Jak będzie szczęśliwy, to rozbierze się do naga, będzie zabijał na scenie, wrzeszczał, będzie jednak wiedział, że robi to po coś, że uwalnia się z niego szczęście. Jeżeli tak się podchodzi do tej pracy, to aktorzy nie są narzędziem, ale samoistnymi twórcami. Nie są marionetkami, które bez celu latają po scenie.


Piotr Sobierski: Czy gdyńscy aktorzy są otwarci na oryginalne, często nowatorskie propozycje? Nie przeszkadza panu musicalowy sznyt i rutyna?


Wojciech Kościelniak: Nie czuję żadnego oporu ze strony aktorów, czuję ogromne zaufanie. To czasami jest deprymujące. Kontra jest czasami zdrowa, a tu cały czas ogromne zaufanie. Moim zdaniem trzeba dobrze wyważyć, co chce się robić. Ja jestem kojarzony z eksperymentem, ale nie mogę z tym zajść za daleko. To musi być zrozumiałe nie tylko dla mnie. Zdrowy jest dialog, jeżeli zacznę mówić zbyt mądrze i bezkompromisowo, zerwę dialog i wyjdzie zaledwie przemądrzale. Nie chcę zatracić dialogu z aktorami, a przede wszystkim z publicznością.


Piotr Sobierski: Przy okazji pracy nad Operą za trzy grosze wspomniał pan słowa Brechta: „sztuka nie ma służyć pięknu, ale rozwiązywaniu problemów społecznych i politycznych współczesnego świata”. Czemu ma służyć Lalka Bolesława Prusa?


Wojciech Kościelniak: To słowa, które wypowiedział Brecht. Identyfikowałem się z tym stwierdzeniem tylko na potrzeby robienia spektaklu. Prywatnie nie podzielam tego poglądu. Lalka mnie zaintrygowała. Literatura w XIX wieku zajmowała się kondycją człowieka. Kwestie Szumana, Wokulskiego brzmiały wówczas nowatorsko, buntowniczo, obrazoburczo. Dzisiaj mam wrażenie, że zajmujemy się tymi tematami non stop, trudno się tymi prawdami zachwycić. One się trochę zdezaktualizowały. Kocham Lalkę, tam są tematy nieprzemijalne. Nie ma tej głębokości co Proust, Mann czy Dostojewski, to, co jednak ma nieprzemijalnego, to pięknie przedstawioną próbę stawania się żywym. Wszyscy nas naokoło pociągają za sznurki, marzymy, żeby być ponad to, wyjść z ram, stać się żywym organizmem. Wokulski chciał wyjść ze swojej sfery. Wiedział, że jedynym światem, którego nie jest w stanie posiąść, jest świat arystokracji. Miłość do Łęckiej jest tak ogromna, bo jest właśnie niemożliwa. Niemożliwe nas pociąga, wówczas stajemy się naprawdę wolni, chcemy wejść na wyższy stopień rozwoju. Tak rozumiem Lalkę i to będzie osią spektaklu. W dodatku to znakomity materiał do przygody ruchowej. Wiedziałem, że jeżeli tak do tego podejdę, to odrobię lekcję z Lalki. Każdy umie ubrać aktorów w kostiumy z epoki, dać scenografię imitującą Warszawę i smyczki w tle. Ja nie chciałem wpadać w rozlewistą muzykę. Liczy się bowiem opowiadanie, a nie ilustracja książki. Taka moja Lalka może być ciekawa.


Piotr Sobierski: Przy pracy nad Francesco razem z Romanem Kołakowskim udaliście się do Asyżu w poszukiwaniu inspiracji, o jakich inspiracjach można mówić w przypadku Lalki?


Wojciech Kościelniak: Mnie mało interesuje fresk historyczny, chociażby z tego powodu, że teatr nie ma środków, aby konkurować z obiema realizacjami filmowymi Lalki. Nie działa zbliżeniem, scenografią, która musi wtoczyć się na scenę. Mnie interesuje dramat człowieka i to jest materiał na musical. Inspiracją było z pewnością Muzeum Zabawek w Karpaczu. Setki lalek z całego świata, które żyją innym życiem. To nie tylko Barbie, każda inaczej się porusza. A to przecież ruch sceniczny właśnie może być motorem przedstawienia. Teoretycznie odwzorowanie sposobu poruszania się lalki wydaje się bardzo proste, ale i nieco tandetne, więc warto to dobrze wypracować. Moim zdaniem ciekawiej jest pokazać Wokulskiego jako lalkę właśnie, a nie jako postać z epoki w określonych relacjach towarzyskich.


Piotr Sobierski: Jak układa się współpraca z kompozytorem Piotrem Dziubkiem. To już drugi po Francesco spektakl w Gdyni, do którego pisze muzykę. Dlaczego właśnie Dziubek? Przygoda z Możdżerem zakończona?


Wojciech Kościelniak: Z Piotrem Dziubkiem tworzymy stały duet. To ewoluuje. Muzyka Możdżera była pokręcona, dziwna, nieoczywis­ta i to dawało kontrę temu, czego słucha się w teatrze. Zacząłem jednak czuć się jak w pułapce. Piotr uwielbia prostotę, a ta również mnie fascynuje. Ja lubię jedno i drugie. Gdy czuję, że się wyczerpuje układ, to wiem, że trzeba się rozejść.Piotr jest w znakomitej formie twórczej. Jego muzyka do Idioty jest znakomita i została bardzo dobrze przyjęta. Do Lalki napisał jeszcze lepszą, o zupełnie innym charakterze.


Piotr Sobierski: Czy dyrektor Korwin daje panu całkowicie wolną rękę przy tym spektaklu, przy kompletowaniu obsady?

 

Plakat Lalki zaprojektowany przez Damiana Styrne. Premiera spektaklu 27 lutego 2010 roku Plakat Lalki zaprojektowany przez Damiana Styrne. Premiera spektaklu 27 lutego 2010 roku

Wojciech Kościelniak: Powiem tak, zawsze kieruję się castingiem. Nawet jeżeli wyobrażam sobie inną obsadę, to fundamentalna uczciwość powoduje, że każdy, kto przyjdzie na casting, może się pokazać i zdobyć rolę. Korwin daje wolność, czasami podpowiada: „wydaje mi się, że ten człowiek pasuje do roli”. Z chęcią korzystam z podpowiedzi, ale jak mam inne zdanie, to nie ma nacisków. Przeprowadzić uczciwy casting jest bardzo trudno. Straciłem wielu „przyjaciół”, których nie obsadziłem w spektaklu. Nie ma dla mnie w tej kwestii kompromisów. Trzeba być uczciwym, wobec siebie, aktorów i widza. Ludzie, z którymi współpracuję, są na tyle inteligentni, że szybko wyczuliby układ. To nie jest szlachetność z mojej strony, to przede wszystkim pragmatyzm. Inne zachowanie jest dobre na krótką metę. Jak się pomylę z obsadą, to wiem, że to moja wina. Gdybym kogoś obsadził z nadania i zobaczył błąd, to chyba spaliłbym się ze wstydu.


Piotr Sobierski: Lalka Bolesława Prusa, wcześniej we Wrocławiu Idiota Dostojewskiego. Staje się pan ekspertem od adaptacji wielkiej literatury.


Wojciech Kościelniak: Mnie fascynuje robienie spektakli na podstawie wielkiej literatury. To droga Pubu 700 – teatr nie musi być lekki i przyjemny. Muzyka i śpiew mogą przekazywać każdą mądrość i każdy tekst. Są duże opory wobec oddawania takiej literatury do teatru muzycznego. Utrzymuje się zaściankowe, silne myślenie o teatrze muzycznym. Ludzie chcą oglądać określony ruch, sposób narracji, a zmiana tego budzi agresję. Ale ja chcę to robić inaczej.


Piotr Sobierski: Czy nie korci więc pana zrobienie np. Krzyżaków?


Wojciech Kościelniak: Można by próbować, ale chyba na wesoło. O tym tropie Sienkiewicza nie myślałem. Wstępnie jestem umówiony do realizacji Mistrza i Małgorzaty, ale nie wiem jeszcze gdzie. Muszę być do tego maksymalnie przygotowany. Wiem, jak chcę to opowiedzieć. To dobry materiał do teatru muzycznego. Marzy mi się również Czarodziejska góra Manna, ale raczej na kameralnej scenie, bo to zbyt awangardowy i zamknięty, wręcz transowy spektakl.


Piotr Sobierski: Po co więc nagła ucieczka w musical w czystej formie? Grease, który zaczyna pan realizować w Gliwicach po premierze Lalki, to tytuł z grupy tych bezpiecznych. Trudno nie zrobić tego dobrze. Ale po co taki tytuł Kościelniakowi?


Wojciech Kościelniak: To, co robię, jest kompromisem tego, co mogę i chcę. Jeżeli dzwoni do mnie dyrektor z Gliwic i mówi o propozycji, to mogę wziąć to lub nie. Jeżeli miałbym inne propozycje w tym samym czasie, to pewnie bym z tego zrezygnował. Teatrów w Polsce nie ma wiele. Roma z założenia obcych nie wpuszcza, Chorzów mnie nie zaprasza. Szanuję sobie teatr, który chce ze mną pracować. W Gliwicach jest inna publiczność niż tu. Tam zrobić np. Sen… bym się obawiał. Teraz pytanie, z jakimi ludźmi mam Grease zrobić, z jaką aranżacją? Na szczęście to nie jest spektakl kompaktowy, a sam temat bardzo ciekawy. Opowieść o człowieku w wieku, w którym staje się kretynem. Zachowując oryginalną energię, można opowiedzieć o ciekawych rzeczach. To można zrobić plastikowo, lekko i przyjemnie, a można opowiedzieć o czymś ważnym i w inny sposób. To mnie w tym pociąga i nie widzę kłopotu, aby o tym opowiedzieć. Trzeba mieć trochę dystansu do siebie i tego, co się robi.


Piotr Sobierski: Czyli wierna kopia broadwayowskiego hitu nie wchodzi w grę?


Wojciech Kościelniak: Byłbym w stanie to zrealizować, tylko że mnie to mało ciekawi. Przykazy z góry o tym, gdzie stać, kiedy podnieść nogę, nie są dla mnie. Ja się do tego nie nadaję. Mam problem z tym, że jak się nudzę, to jestem mało twórczy. Muszę iść o krok dalej. Samodzielnie opowiadać pewne historie.

 

 


 


 

Komentarze 

 
#5 alternativ sverigeapoteksverige
2017-09-28 04:45 | email: sverigapotek37@gmail.com | adres ip: 146.185.223.16
billiga alternativ till, natalie.pierotti.org.uk/.../... , säljes Sverige.
 
 
#4 alternativ till danmarksverigapotek
2017-09-23 13:43 | email: sverigapotek37@gmail.com | adres ip: 146.185.223.71
bestalla tabletter, sverige-apotek.life/.../ , köpa pa natet lagligt priser.
 
 
#3 Liczy się nie tylko showAnne
2015-09-16 06:04 | email: anne_mast@gmail.com | adres ip: 202.51.122.158
Hello there, I think your web site could possibly be having web browser compatibility issues.
When I take a look at your website in Safari, it looks fine however when opening in I.E., it's got some overlapping issues.

I just wanted to provide you with a quick heads up! Apart from that, fantastic website!


My weblog :: Owoce
Warzywa Dostawa Gratis: Www.Gamesarcadeforfun.com/.../...
 
 
#2 Liczy się nie tylko showSilas
2015-08-26 01:31 | email: silasmatamoros@gmail.com | adres ip: 94.242.243.197
Do you have a spam issue on this blog; I also am a blogger, and
I was wondering your situation; we have developed some nice
practices and we are looking to exchange solutions with other folks, why not shoot me an e-mail if interested.


Also visit my website :: madrid sex shop (Brandon: storify.com/.../...)
 
 
#1 marioluigi4235
2015-02-17 08:41 | email: luigi@adcreative.pl | adres ip: 78.88.82.71
¸.·´¯`·.´¯`·.¸¸.·´¯`·.¸>
+++http://thatsafunnypic.com+++
 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

BLIZA Nr 1 (28) 2017

MIASTO I JEGO LEGENDY

Drodzy Czytelnicy!

Marzenie o mieście idealnym towarzyszy ludziom od dawna. W Urbino podziwiać można powstały około 1470 roku obraz, który przedstawia panoramę takiego miasta. Renesansowy artysta przedstawił centrum: panteon, reprezentacyjne budynki, arkady. Idealne miasto – z ducha modernizmu – wzniesiono w Brazylii w połowie XX wieku jako stolicę tego państwa. Zadziwiającą do dziś architekturę Brasilii, jej układ przestrzenny, staranny podział dzielnic ze względu na ich funkcje – wszystko to z desek kreślarskich architektów przeniesiono na plac budowy. W miejscu urbanistycznie dziewiczym. Bez historii.
W tym numerze „Blizy” proponujemy Czytelnikom wędrówkę po miastach mniej idealnych. Ich promieniowaniu na życie, film, literaturę. Mity z nimi związane. Zapraszamy do odwiedzenia Paryża, Nowego Jorku, Sztokholmu, Dublina, Edynburga. Także Maputo w Mozambiku i sennej, prowincjonalnej Hinamizawy w Japonii. Warszawy i Trójmiasta.  Tak bardzo popularne dzisiaj określenie – miasto magiczne – nie przyświecało naszym autorom. Zostawili je w przewodnikach wraz z reklamami hoteli i tanich lotów.

Redakcja „Blizy”

Więcej...